Szaleństwa w parku linowym

Skoro wakacyjny urlop daje aż 2 tygodnie wolnego, to trudno byłoby usiedzieć w miejscu. Po powrocie znad wody, warto zaplanować coś nowego. Zostało mało czasu, więc najlepsze są jednodniowe wypady. Tym razem park linowy. Do wyboru jest kilka poziomów przeszkód, w tym mostki, drabinki i siatki, czyli skakanie, bieganie, wspinanie się, koncentracja. Ostatnim etapem są tyrolki, czyli powiew wolności w trakcie lotu na linie kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Żeby jednak nas wpuszczono gdziekolwiek, najpierw obowiązkowy kurs obsługi lin i karabińczyków. Uwaga! Choć uczymy się praktycznie stojąc na ziemi - nie lekceważcie tego! Wiem, o czym mówię, bo zdarzyło mi się złamać jedną zasadę. Skoro instruktorzy mówią, że nigdy nie łapiemy dłońmi liny, po której będzie przesuwał się karabińczyk od sprzetu asekuracyjnego, to NIGDY go nie ruszamy. Opierając się na własnym doświadczeniu, stwierdzam, że złapanie liny mogłoby grozić odcięciem palców. Każdy tor przeszkód ma inny poziom trudności i inną cenę, jednak naprawdę, warto skorzystać ze wszystkich opcji. Pozwalając sobie na kilka rad, chcę jednak przestrzec przed: tipsami, które na 100% się połamią, makijażem, który odpadnie po drugim torze i niewygodnymi ubraniami, w tym też butami innymi niż sportowe - liczy się tylko luz! Odradzam także napełniania kieszeni czymkolwiek. A po powrocie odradzam lustro. Po tej szkole przetrwania prawie wszyscy wyglądają, jakby nie przetrwali. Ale ile przy tym zabawy! Zadbajcie tylko, by następny dzień był zupełnie wolny i pozwolił na pełną regenerację.

Design downloaded from free website templates.